- Odkąd wróciła do pływania, nie mierzyłem jej czasu - mówi Paweł
Słomiński, trener Otylii Jędrzejczak. Jutro najlepsza polska pływaczka
zmierzy się z rywalkami po przerwie spowodowanej wypadkiem
Karolina Kowalska: Czego się Pan spodziewa po tym starcie?
Paweł Słomiński, trener reprezentacji Polski: Chcę sprawdzić, w jakiej
Otylia jest formie, jaki może uzyskać wynik. Start w Ostrowcu był moim
pomysłem. Otylia nie była tym zachwycona, nie czuła się jeszcze gotowa.
Przekonałem ją, mówiąc, że biorę na siebie pełną odpowiedzialność za
wynik, niezależnie od tego, czy będzie beznadziejny, czy świetny.
Instynktownie czuję, że ten start jest nam obojgu potrzebny - jej jako
zawodniczce i mnie, trenerowi, który musi wiedzieć, na jakim jest
poziomie.
Nie mierzy jej Pan czasu na treningach?
- Nie. Po pierwsze dlatego, że Otylia nigdy nie pokazała pełni
możliwości w treningu - mobilizuje się dopiero na zawodach. Po drugie,
odkąd wróciła do pływania po wypadku, nie robiłem startów testowych. Nie
chciałem jej stresować, wywierać jakiejkolwiek presji. Na pewno jest
słabsza niż rok temu i daleko jej do mistrzowskiej formy. Lekarze
powiedzieli mi jednak, że wszystko jest w porządku i Otylia jest już
zdolna do wysiłku. Owszem, na treningach mówi czasem, że boli ją
kręgosłup, ale podejrzewam, że z tym bólem będzie jeszcze żyła długo.
W grudniu Otylia wskoczyła do basenu i zaczęła oswajać się z wodą. Na
początku to było brodzenie, forma fizykoterapii. Kiedy dołączyła do
kadry?
- Odbyło się to tak płynnie, że nie zauważyłem nawet momentu, kiedy
przestała się kąpać gdzieś z boku i zaczęła pływać z innymi. Wydaje mi
się, że stało się to podczas zgrupowania w RPA. Na początku robiła w
wodzie, co chciała. Miała się rozpływać, tak jak każdy zawodnik
wracający po długiej przerwie. Lekarze zabraniali jej pływać żabką i
motylkiem ze względu na to, że w tych stylach pracują biodra. Pływała
kraulem i na plecach. Później, kiedy lekarze stwierdzili, że wszystko
jest OK, rozpisałem jej specjalny, lekki trening, inny niż reszcie
grupy. Stopniowo dołączałem do niego elementy, które zadawałem innym -
najpierw tym słabszym, potem - najlepszym. W pewnym momencie zaczęła
wykonywać zadania treningowe, pływać jak reszta drużyny. Oczywiście ma
indywidualny tok treningu. Zadania te same co Paulina Barzycka czy Paweł
Korzeniowski wykonuje wolniej, z mniejszą intensywnością. Niczego jej
nie narzucam, jak kiedyś. Nie stawiam zadań maksymalnych. Teraz to
Otylia decyduje o tym, czy stać ją na większy wysiłek. Do momentu, kiedy
nie sprawdzę jej możliwości, niczego nie wymagam.
Ale oczekuje Pan wyniku na poziomie krajowej czołówki?
- Czekam na rozwój wydarzeń. Sobotni start jest wielką niewiadomą.
Otylia może popłynąć słabo, może popłynąć na poziomie światowym.
Zgłosiliśmy ją do pięciu startów, ale to pierwszy - na 200 motylkiem -
zdecyduje, czy Otylia będzie ścigać się dalej. Jeśli jej nie wyjdzie i
będzie zniechęcona, poprzestaniemy na tym. Niczego nie jestem w stanie
przewidzieć. Nie wiem, w jakiej formie Otylia będzie w lipcu, podczas
mistrzostw świata w Budapeszcie - czy w ogóle wejdzie do finału, czy też
na przykład zbliży się do własnego rekordu świata.
W jakiej jest formie psychicznej?
- Funkcjonuje normalnie, nie chodzi już do psychologów. Jedyny, z jakim
się spotyka, to psycholog sportowa, dostępna również dla reszty kadry.
Nie ma też oporów przed występami publicznymi, chociaż robi to znacznie
rzadziej niż kiedyś. Jeśli ktoś ją zachęci w szczególny sposób lub kiedy
ona darzy go nadzwyczajną sympatią, to jedzie. Była w szpitalu u dzieci
chorych na raka. Jeżeli stresuje się sobotnim startem, to nie ze względu
na spotkanie z dziennikarzami, ale ze względów ambicjonalnych. Nie lubi
przegrywać.